10 najlepszych memów o korepetytorach/nauczycielach

10 najlepszych memów o korepetytorach/nauczycielach Przedmioty ścisłe są nadal piętą achillesową większości uczniów. Zapotrzebowanie na dodatkowe lekcje jest więc oczywiste arc. prywatne

Dobry korepetytor ma być skuteczny. Jednak jeśli do tej pory go nie znalazłeś, w październiku możesz mieć z tym problem.

Po pierwszych tygodniach nauki tempo pracy w szkołach mocno przyspieszyło. Nauczyciele wymagają coraz więcej, zaczynają też więcej zadawać. Efekt? Rodzice zaczęli szukać korepetytorów, którzy pomogą ich pociechom w „ogarnięciu” nauki.

Na rynku funkcjonują już duże, legalnie działające firmy, które zrzeszają nauczycieli wielu przedmiotów.

Jednak nadal korepetytorów szuka się na własną rękę, bo udzielanie dodatkowych lekcji wciąż kojarzone jest z szarą, nieopodatkowaną strefą usług.

Korepetycji udzielają studenci, absolwenci, nauczyciele czy wykładowcy akademiccy. Kogo wybrać, by nasze dziecko wyszło na tym najlepiej? No i ile to może nas kosztować?

Korepetycje legalne

Prawo jest jednoznaczne: bez względu na to, kto udziela korepetycji, od zarobków uzyskanych w ten sposób musi odprowadzać podatek. Ale te przepisy nijak się mają do realiów.

Szczególnie wyraźnie widać to w internecie, gdzie aż roi od ofert korepetycji z absolutnie każdego przedmiotu (także z aktorstwa, języka migowego czy gry w szachy), oczywiście z pominięciem obowiązków skarbowych. Nie wszystkim się to udaje.

– Do dużych urzędów skarbowych wpływa rocznie kilkanaście donosów na osoby, które udzielają korepetycji – mówi Michał Kasprzak, rzecznik prasowy Izby Skarbowej w Katowicach.

No i rusza cała procedura. Mało przyjemna, zwłaszcza jeśli chodzi o konsekwencje. Dlatego wielu nauczycieli woli dmuchać na zimne.

– Jestem osobą bojaźliwą, wolałam nie ryzykować – przyznaje pani Marta, która od czterech lat legalnie udziela korepetycji z chemii na terenie powiatu zawierciańskiego. – Dzięki osobom życzliwym, które doniosą do urzędu, można szybko stracić to, co się zarobiło bez zarejestrowania firmy – dodaje.

50 złotych za 45 minut

Pierwsza piątka przedmiotów, do których najczęściej szukani są korepetytorzy, od lat jest podobna. Królują języki obce (język angielski, niemiecki) oraz przedmioty ściśle (matematyka, chemia i fizyka). Dobrzy nauczyciele biorą ok. 50 zł za 45 minut pracy. Jednak stawki wahają się od 20 do 150 zł.

Nie bez znaczenia jest nawet miasto, w którym odbywają się lekcje. I tu niespodzianka – w dużych miastach korepetytorzy mają niższe stawki z powodu szybko rosnącej konkurencji.

Przykład? Na popularnym portalu dla uczniów w samych Katowicach znajdziemy blisko 1300 ogłoszeń od osób gotowych udzielać korepetycji z matematyki. Kiedyś najskuteczniejszymi korepetytorami byli wykładowcy związani z uczelnią, na której uczeń chciał studiować.

Zwykle jego pomoc odnosiła się nie tylko do poszerzenia wiedzy, ale obejmowała też realne wsparcie przy zapewnieniu miejsca na wymarzonym kierunku.

Walka o każdy punkt

Dzisiaj do korepetytorów dzwonią nie tylko uczniowie, którzy mają problemy w nauce, ale coraz częściej ambitne osoby, które chcą wiedzieć więcej.

– Młodzi zdają sobie sprawę, że dobrze zdane egzaminy są przepustką do rozpoczęcia studiów gwarantujących dobrą pracę – mówi Krzysztof Hałupka, właściciel katowickiej prywatnej szkoły Galileusz, która zajmuje się też udzielaniem korepetycji.

– Skuteczny korepetytor musi doskonale znać program konieczny do dobrego zdania matury i mieć dobry warsztat dydaktyczny – dodaje Hałupka.

Nauczyciele do poprawki

Jak pokazują wyniki najnowszego badania przeprowadzonego przez Instytut Badań Edukacyjnych, o korepetycjach z matematyki powinna pomyśleć też spora grupa nauczycieli tego przedmiotu, pracująca w podstawówkach i gimnazjach.

Okazuje się, że choć 90 proc. nauczycieli stale się dokształca (stopnie awansu zawodowego i ukończone szkolenia), nie przekłada się to na poziom ich wiedzy. IBE wykazał, że ok. 20 proc. nauczycieli ma podstawowe braki z wiedzy matematycznej i to na poziomie podstawówki.

Oto przykłady:

55 proc. nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej uznało, że można dzielić przez zero (widać, że nie znali prostej rymowanki: „Pamiętaj cholero, nie dziel przez 0”). Aż 90 proc. nauczycieli wczesnoszkolnych uznało, że jedyną figurą, która ma wszystkie kąty równe i wszystkie boki równej długości, jest kwadrat.

A co z wielokątami foremnymi? 16 proc. nauczycieli pracujących z uczniami klas od 4 do 6 miało problem z wyliczeniem procentów.

Co czwarty nauczyciel gimnazjum miał problemy z rozwiązaniem zadania, które wymagało rozumienia definicji średniej arytmetycznej, a nie tylko mechanicznego zastosowania wzoru(mimo że definicję znał).

– W naszym teście znalazły się też typowe zadania, które bywają na konkursach matematycznych. Okazało się, że spora grupa nauczycieli sobie z nimi nie poradziła, co znaczy, że albo pracują tylko na swoich stałych zadaniach, albo nie pracują w ogóle z uczniami uzdolnionymi – informuje dr Monika Czajkowska z Pracowni Matematyki IBE.

Jedno z zadań było następujące (podobne rozwiązywali uczniowie III klas w 2013 r., wtedy 45 proc. z nich udzieliło poprawnej odpowiedzi): „Wstążka ma długość 20 cm. Należy pociąć ją na kawałki, z których każdy będzie miał długość 2 cm.

Ile cięć należy wykonać? Co czwarty badany popełnił typowy, także dla uczniów, błąd i wykonał dzielenie 20:2=10. Dodatkowo ponad połowa matematyków nie akceptuje, kiedy ich uczniowie stosują nietypowe, niestandardowe, kreatywne rozwiązania zadań.

Co gorsza, narzucają uczniom swój sposób myślenia.

10 proc. nauczycieli straci pracę, bo uczniów jest coraz mniej

W 2005 r. do polskich szkół uczęszczało 5,9 mln uczniów. W 2011 r. ich liczba zmalała do 4,8 mln. Wraz z kurczeniem się grona wychowanków placówek edukacyjnych, kurczy się kadra nauczycielska. Do związków cały czas spływają informacje o zwolnieniach w szkołach – alarmuje „Gazeta Wyborcza”.

Każdego dnia nauczyciele tracą pracę

– Ten rok będzie wyjątkowo zły. W gimnazjach mamy niż demograficzny, a w liceach rozpoczyna się reforma, która wymusi zwolnienia – mówi „Gazecie Wyborczej” Wojciech Miśko z wielkopolskiej nauczycielskiej „Solidarności”.

– Codziennie spływa do nas 10-15 pism o rozwiązaniu umów z nauczycielami. Problem jest naprawdę duży – zauważa Jerzy Szmajda, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego w Katowicach.

Niż demograficzny skutkuje nie tylko zwolnieniami nauczycieli, ale nawet likwidacjami całych szkół. W województwie dolnośląskim zlikwidowano już ok. 40 szkół. – Najgorzej jest w Nowej Rudzie, gdzie zniknąć ma aż siedem placówek. Liczby? Nie chcę być złym prorokiem, nie zapowiada się to najlepiej – mówi „GW” Mirosława Chodubska z wrocławskiego ZNP.

MEN: nauczyciele podnoszą alarm, a być może nic się nie stanie

Ilu nauczycieli w skali kraju może stracić pracę? Ministerstwo Edukacji Narodowej nie umie jeszcze odpowiedzieć na to pytanie.

– Pełny obraz sytuacji będziemy mieli dopiero w październiku, kiedy spłyną do nas wszystkie dane o zatrudnieniu. Mamy niż, ale w każdym samorządzie zjawisko ma inną skalę.

Może być tak, że dziś nauczyciele podnoszą alarm, a problemów wcale mieć nie będą – ocenia Bożena Skomorowska z resortu edukacji.

Uczniowie nie będą chcieli uczyć się chemii, więc chemik straci pracy?

Kolejną bolączką nauczycieli jest reforma edukacji. Od 1 września w szkołach ponadgimnazjalnych uczniowie drugiej i trzeciej klasy będą mogli wybierać swoje specjalizacje. Jaki może być tego skutek? Nauczyciele fizyki czy chemii, którzy do tej pory mieli przynajmniej jedną godzinę zajęć dziennie, mogą skończyć z zaledwie jedną godziną lekcyjna w tygodniu.

– Rzeczywiście największe problemy czekają biologów, chemików i fizyków. Oprócz okrojenia etatów pewnie będę musiała całkowicie zwolnić trzy lub cztery osoby. U mnie i tak przebiegnie to dość łagodnie, bo do tej pory nauczyciele mieli sporo nadgodzin – mówi „Wyborczej” dyrektor ZSZ nr 6 w Poznaniu Maria Chrośniak.

Zobacz też:  Zabawy ruchowe w domu – co robić w domu z dzieckiem, gdy się nudzi?

Nauczyciele mają trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Nauczycielom mianowanym przysługuje 6-miesięczna odprawa.

sjk, „Gazeta Wyborcza”

Czy możemy zaufać nauczycielom?

Będą siać, choć grunta mają marne, a do orki pługów brak i bron. Dali radę z germanizacją, rusucyzacją i komunistyczną indoktrynacją. Robili swoje za Hitlera i Stalina. Przetrwali Bieruta, Gomułkę, Gierka, Wałęsę i Kwaśniewskiego.

“Przyjęli na klatę” (a raczej “na biust” – zważywszy na feminizację zawodu) wysyłanie na oślep maluchów do nieprzygotowanych szkół oraz absurd tzw. darmowego podręcznika. Pedagodzy “ogarnęli” rewolucję tworzącą trójstopniową edukację.

Uwierzmy wreszcie, że i kontrrewolucja znosząca gimnazja nie będzie katastrofą dla polskiej szkoły. Uwierzmy w polskich nauczycieli.

Profesor Śliwerski – Przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk – przekonuje, że reforma jest prowadzona jest z bzdurnym przekonaniem, że od ustroju szkolnego zależy jakość edukacji.

Zatem zamiana systemu sześć+trzy+trzy na osiem+cztery niczego istotnego w jakości edukacji nie poprawi – wbrew nadziejom MEN.

Stawiam tezę, że także w jej jakości niczego istotnego nie pogorszy – wbrew opinii opozycji i wielu publicystów oraz naukowców.

Nic nowego pod słońcem

Tak, przyznaję – ta “reforma” nia sensu. Podobnie jak wiele pomysłów wcześniejszych władz edukacyjnych. Przyznaję też, że skądinąd dobry pomysł ministra Handke wprowadzający gimnazja, został wypaczony przez rządy SLD i minister Łybacką.

I że system wymagał poprawy w wielu miejscach. Pamiętajmy też, że i przedtem i potem pojawiały się durne pomysły różnych ministrów od prawa do lewa.

Od ministra Giertycha chcącego wychowywać pałką po minister Kluzk-Rostkowską, która siała idiotyzmy jeden po drugim.

“Reforma” minister Zalewskiej to będą po prostu kolejne miliony wyrzucone w błoto. Odbiją się czkawką samorządom, dyrektorom szkół i nauczycielom. Część z pedagogów straci pracę – mimo zapewnień MEN, że będzie inaczej.

Pewnie przy okazji zmiany struktury szkół część dyrekcji szkół zostanie wymieniona na “swoich” (nie bez powodów było przecież rząd wzmocnił rolę kuratoriów przy wyborze szefa szkoły). Zmiana jest oczywiście robiona za szybko, bez przygotowania. Wprowadzi chaos i zamieszanie organizacyjne.

W okresie przejściowym poszkodowane będą roczniki z “kumulacją” i te, które zaczynały w jednym systemie edukację, a będą kończyły w drugim.

Kręgi na wodzie

Tak naprawdę w warunkach długoterminowych dla przeciętnego ucznia niewiele się jednak zmieni. “Reforma” będzie dla polskiej edukacji jak wrzucenie wywrotki kamieni do rozległego, głębokiego jeziora.

Na początku wzbudzą się fale, część środowiska naturalnego zostanie zniszczona. Ale tafla wody się wygładzi, a głazy wpasują się w ukształtowanie terenu, Nauczyciele nie będą przecież pracować lepiej, ale też i nie gorzej niż przed reformą.

Brak impulsów do rzeczywiście dobrej zmiany, ale nie ma także takich, które pogrzebałyby w gruzach polskie szkolnictwo.

Ci nauczyciele, którzy są wybitni – znakomitymi zostaną. Osoby które do zawodu się nie nadają, są kiepskie dydaktycznie, wypalone zawodowo albo sfrustrowane – nadal będą kiepsko uczyć. System ich nie wyeliminuje.

Większość pozostających na stanowiskach nauczycieli będzie nadal solidnymi średniakami. Tak jest w każdym zawodzie i nie widzę powodów, dla których w przypadku szkół krzywa statystyczna miałaby wyglądać inaczej.

Roboty uczące?

Powstaje pytanie, czy wprowadzenie nieprzemyślanych, niekiedy nacechowanych ideologicznie programów nauczania nie pogorszy polskiej szkoły. Takie wątpliwości może jednak stawiać tylko ktoś, kto był w szkole w czasach kiedy sam był uczniem.

Nauczyciel to nie jest maszyna do uczenia. To nie wygląda tak, że wsuniemy z jednej strony program edukacji jak program komputerowy do maszyny cyfrowej, a ona zrobi to, co jest w środku zapisane. Nauczyciel to żywy człowiek, który ma swój rozum i wolną wolę.

Jeśli będzie widział, że ktoś próbuje wciskać na siłę coś sprzecznego zdrowemu rozsądkowi – zareaguje sprzeciwem. Na dodatek w warunkach obecnych przepisów można mu jedynie pogrozić paluszkiem, jeśli nie będzie realizował podstawy programowej. Albo jeśli będzie omawiał na lekcjach coś innego, niż wymyślili urzędnicy na Alei Szucha.

A im naciski będą większe, tym opór bardziej nasilony. Taka już nasza polska natura.

Nie bójmy się zatem, że z lekcji przyrody mogą wypaść treści związane z ochroną przyrody, a z angielskiego z odmiennościami kulturowymi. Nie przejmujmy się jakimikolwiek listami lektur na języku polskim.

Nie zawracajmy sobie głowy usuwaniem z lekcji matematyki treści związanych z funkcjami.

Zignorujmy brak w programie zajęć historycznych Powstania Wielkopolskiego czy wprowadzanie kontrowersyjnej listy postaci historycznych.

Pewnie będzie część nauczycieli-konformistów, którzy bez zmrużenia okiem będą podawali uczniom każdą treść, jaka zostanie wyprodukowana przez MEN. Jednak większość z pedagogów będzie kierowała się zdrowym rozsądkiem, własnym rozeznaniem, co jest mniej ważne, a co bardziej.

Jeśli treści programowe będą przystawały do ich przeświadczenia, że coś jest dobre dla ucznia – będą je realizowali. Jeśli uznają je za głupie, niedostosowane do wieku uczniów, albo nasycone ideologicznie, a podręczniki słabej jakości – będą uczyli z zewnętrznych materiałów dydaktycznych.

Jak do tej pory będą uczyli radości uczenia się, myślenia przyczynowo-skutkowego,

I nie będzie do tego trzeba organizować tajnych kompletów. Wszystko odbędzie się w murach szkoły – niezależnie od tego jak będzie się nazywała i ile będzie miała klas. Nie przejmujmy się więc głupotami z Alei Szucha.

Polscy nauczyciele kiedy było trzeba pokazywali środkowy palec ukazom edukacyjnym zrodzonym w głowach władz zaborów, II Rzeczpospolitej, Generalnej Guberni, Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i Trzeciej Rzeczypospolitej.

Czy rząd premier Szydło liczy naiwnie, że nauczyciele tym razem pokornie schylą głowy i będą uczyli dokładnie tak, jak to wymyśli minister Zalewska czy ktokolwiek z jej następców?

  • Sebastian Szczęsny
  • Hymn nauczycieli
  • Musimy siać choć grunta nasze marneChoć nam do orki pługów brak i bronMusimy siać choć wiatr porywa ziarno
  • Choć w ślad za siewcą kroczą stada wron

Eduopticum

——————–

Od 10 lutego 2018, zainteresowani odnajdą mnie na nowym blogu. Zapraszam.

——————–

Trzymam w ręku kilka gimnazjalnych podręczników „swojego” przedmiotu. Tych nie najgorszych, ewoluujących, próbujących nadążyć za wymaganiami i wyobrażeniami urzędników, metodyków, autorów, wydawców, polityków, nauczycieli, rodziców i uczniów.

Nie jestem pewien, czy w takiej właśnie kolejności, ale wydaje mi się, że uczniów postawiłem tu na właściwym miejscu.

Na podstawie treści i formy tej podstawowej pomocy naukowej, spróbuję porównać wyobrażenia autorów o adresacie takiej książki i swoje własne wrażenia, które, z racji egalitarności szkoły, w której pracuję i liczebności obserwowanej populacji, mogę chyba uznać za reprezentatywne. I mam szereg zastrzeżeń…

Naturalność silikonowych implantów

Zacznijmy od szczegółów.

Kim są bohaterowie książek, z którymi moi uczniowie mają się identyfikować (nadal bowiem, obowiązuje kanon, w którym uczniowie w wieku 12-16 lat, z wypiekami na twarzy śledzą perypetie kilku postaci, tak, jak w przedszkolu śledzili losy wiewiórek i ślimaków)? Otóż, zgodnie z wymogami multikulturowej rzeczywistości, przynajmniej jeden z protagonistów musi być inny.

Ma wyraźnie ciemniejszy odcień skóry, egzotyczne rysy i, sporadycznie, nieco inaczej się ubiera. No i ma jakieś dziwnie brzmiące imię.

Zobacz też:  50 popularnych błędów w języku hiszpańskim

Podręczniki do języków od zawsze były w forpoczcie ukazywania różnorodności kulturowej i, w społeczeństwie niemal homogenicznym, w dobie bliskiego zderzenia kultur, problemu uchodźców i rosnącej nietolerancji, która nigdy mała nie była, chwała im za to. Problem, jak zawsze w przypadku ideologicznie zabarwionego zelotyzmu, dotyczy realiów.

W sporej liczbie przypadków, postaci te najwyraźniej pojawiają się znikąd, nie posiadają niemal żadnej identyfikacji kulturowej, żadnego zderzenia kultur nie wywołują i nie doświadczają. Poza wymienionymi atrybutami, niczym nie różnią się od Jasia i Małgosi.

Ma to zapewne prowadzić w umysłach Jasia i Małgosi do pełniejszej integracji i świadomości, że ten obcy wcale taki obcy nie jest. Jednak przedstawiane scenki nie niosą ze sobą żadnej informacji kulturowej, niczego nie tłumaczą i niczego nie uczą. Osoba o odmiennym fizys pełni punkcję ozdobnika, politycznie poprawnego folkloru wizualnego. Ktoś o odmiennym kolorze skóry znowu traktowany jest instrumentalnie, jak znana na tym forum Linette, tyle że, na szczęście, bez natrętnego moralizatorstwa. Tymczasem, w szkole takiej jak moja, na 400 uczniów przypada około 10 osób spoza swojskiego kręgu, które wchodzą tu we wszystkie możliwe interakcje i też zasługują na kogoś z kim mogłyby się utożsamiać.

Reszta bohaterów jest równie pretekstowa, ciężko się z nimi identyfikować, nawet jeśli ubierają się i wyglądają jak średnia krajowa. Niestety, mówią i zachowują się już zupełnie inaczej, co odbiorcy, w przeciwieństwie do autorów, dostrzegają mimo obcego języka.

A przecież to wspaniała okazja do wprowadzania  języka żywego, pełnego slangu, idiomów i… niedoskonałości. Niestety, przeświadczenie o niemożności przyswajania tych elementów przez ucznia o niewielkich kompetencjach, skutkuje ich nieobecnością i, w konsekwencji, rażącą sztucznością dialogów.

Tak, jakby uczniowi nie było wszystko jedno, jakich wyrażeń się uczy. Niewygodną prawdą jest, że język nastolatków nie brzmi (i chyba nigdy nie brzmiał), jak ten w podręcznikowych dialogach.

Żądni realizmu entuzjaści uczenia przez doświadczenie jakoś nie chcą przyjąć do wiadomości, że język potoczny ma niewiele wspólnego z ułożeniem i polityczną poprawnością. W wyniku przesadnego wręcz dbania o tę ugrzecznioną formę, między podręcznikiem, a uczniem buduje się niepotrzebny dystans.

Standardowe scenki rodzajowe też niewiele mają wspólnego z realiami. Zdarzają się perełki, ale giną w masie przedszkolnego teatrzyku. Na jego scenie nikt nigdy nie pyta o toaletę, nie czyści nosa, nie gotuje wody na herbatę i nie szuka gniazdka, by podłączyć ładowarkę smartfonu.

Niemożliwy do obejścia dydaktyzm z góry odrzuca możliwość, że zebrana (chyba jedynie w celu przeprowadzenia „konwersacji”) grupa nastolatków nie musi z entuzjazmem rozprawiać o przygotowywanym projekcie, czy prezentacji. Przecież dużo bardziej prawdopodobne jest, że komuś się nie chce, jest zmęczony, znudzony, czy też, najnormalniej w świecie, ma ciekawsze rzeczy do zrobienia.

Na nienaturalność dialogów i tekstów, bezpośrednio wpływa anachroniczność rekwizytów i związanych z nimi wyrażeń. Można w to nie wierzyć, ale w wielu podręcznikach, wydanych nie dalej niż trzy lata temu, protagoniści nadal zostawiają wiadomości telefoniczne u przypadkowych osób zamiast na poczcie głosowej niedostępnego abonenta, rezerwują bilety przez telefon i piszą listy z wakacji.

Jeśli już na fotografii widzimy grupę skupioną wokół (jednego!) komputera, możemy być pewni, że mozolnie piszą e-maila do partnerskiej szkoły, a nie twittują, wrzucają fotki na Instagram lub skrzykują się na fejsie na imprezę.

Być może, jeśli boimy się zaryzykować „ożywienie” tak przedstawianych manekinów, trzeba zrezygnować i z nich, i z żałosnych wątków fabularnych? Czy naprawdę tak niewiele osób rozumie, że podręcznik, zwłaszcza w pewnym przedziale wiekowym, uczy nie tylko wymienionego na okładce przedmiotu?

Co można zrobić w zamian? Alternatywą może być dobieranie osób przypadkowych, które lepiej pasują do wymaganej sytuacji; jeśli, na przykład, chcemy dialogu przy dworcowym okienku, łatwiej go „podsłuchać”, niż wysyłać bohaterów w podróż i dialogi wymyślać.

Unikniemy w ten sposób nie tylko chichotu porażonych nienaturalnością tekstu nastolatków, ale także konieczności konstruowania scenariusza pod wymogi curriculum. Można z łatwością wyobrazić sobie sytuację, w której autorzy podręczników nagrywają oryginalne dialogi lub korzystają z gotowych już list dialogowych np.

z filmów fabularnych – to prawdziwa skarbnica językowa, dająca dodatkową motywację w postaci odgadywania jaki film i jaki bohater „użyczył” swoich kwestii.

Szyk bazarowej kreacji a obowiązująca moda

Podręczniki do języków obcych, od zarania rynkowej normalności, kuszą kolorem, grafiką i kredowym papierem. Niestety, nie wszyscy wydawcy rozumieją, że istnieją granice ścigania się na „więcej tego samego”.

W rezultacie, zatrudnieni przez nich graficy zdają się startować w nieustającym konkursie na najgorszą stronę internetową offline, bo stamtąd chyba czerpią swoje inspiracje. Choć z siecią wygrać nie mogą, na wszelkie sposoby próbują użytkownikowi zrekompensować zerową interaktywność swoich produktów.

Wszechobecna pstrokacizna, kontrastowe zestawienia barw, rodem z najlepszych czasów narkotycznej psychodelii, mogą być niebezpieczne dla osób o wrażliwych żołądkach. Aż dziw, że nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, by zastosować farby fluorescencyjne.

Definicje i ramki świecące w półmroku – to byłby rynkowy hit! A w ramkach, chmurkach, zakreśleniach jest już prawie wszystko – ciężko znaleźć treść niewyróżnioną, jeśli nie obwódką, to kolorem tła, jeśli nie krojem liter (kilka fontów na stronie), to chociaż ich rozmiarem, kursywą, wytłuszczeniem.

Do tego koniecznie ogromne wykrzykniki, znaki zapytania, strzałki i podkreślenia, także w kolorach spławikowej czerwieni i limonki.  Każda strona oblepiona niezliczonymi fotografiami, fascynującymi jak album cioci Geni, dokumentujący wakacyjny wypad do Ciechocinka. Ale w tym szaleństwie jest METODA.

Autorzy chcą przecież przyciągnąć uwagę cyfrowego tubylca, do którego przemawia już podobno jedynie pismo obrazkowe.

Ich intencje przebijają się może do oka wprawionego w metodycznych grepsach, kultywujących traktowanie ucznia jak kogoś opóźnionego w rozwoju, pozostają jednak zupełnie nieczytelne dla przeważnie okazjonalnego odbiorcy, którego chęć przedzierania się przez zakamuflowane niuanse jest raczej ograniczona.

 Z góry zakłada się, że uczeń nie jest zdolny skupić się na podanym tekście, odnaleźć i wybrać potrzebne treści, nie posiada też ołówka lub markera. Wszystko teoretycznie podporządkowane jest „uczeniu samodzielności myślenia i przetwarzania informacji”, ale, na wszelki wypadek, cała ta praca jest już za ucznia wykonana, bo a nuż by się pomylił. Nawet zmotywowane dzieci mają kłopot z samodzielnym korzystaniem z takiej „pomocy naukowej”. Te niechętne i nieprzygotowane do stawiania sobie wyzwań nawet nie próbują przedrzeć się przez gąszcz przeszkadzajek i nie biorą pod uwagę innego ich wykorzystania, niż jako listy „potrzebnego” słownictwa lub tła dla własnej graficznej „twórczości”. Dla nich, takie podręczniki są jedynie dodatkowym balastem doczepianym do kręgosłupa, przynajmniej do czasu, kiedy na obowiązek jego noszenia potrafią się już wypiąć.

Na dodatek, już w kwestiach bardziej ogólnych, te manuale złego smaku i antyestetyczne manifesty są często niekonsekwentne w stosunku do swojego targetu. Z jednej strony, traktują go jak zbiorowego, statystycznego przygłupa, niezdolnego do niemagicznego opanowania koniugacji to be metodą „na Miauczyńskiego”, z drugiej serwują mu np.

alfabet fonetyczny w praktyce. W całej swojej karierze nie spotkałem dzieciaka, który wyszedłby z podstawówki ze znajomością tych kilkudziesięciu symboli, a tu, proszę, masz, czytaj. Tak, wiem, dobry podręcznik jest jak cebula, dla każdego poziomu jest jakaś warstwa i jak nauczyciel zechce, to i zapisu fonetycznego nauczy.

Zobacz też:  Jak utrzymać motywację do nauki języka obcego

Tyle, że strasznie wydumana to warstwa, bo zakładająca, że taka umiejętność wyskakuje jak królik z kapelusza, a z tego, co można usłyszeć (i doświadczyć) już liczebniki stanowią dla większości intelektualne Himalaje, w których potrzebny jest doświadczony Szerpa-korepetytor.

Ten przykład niekonsekwencji blednie jednak przy sprzecznościach w koncepcji introdukcji treści edukacyjnych. Zgodnie z trendem, który dawno już stał się wzorem dla innych przedmiotów (bo ktoś dopatrzył się nieistniejących analogii), zasadniczą część podręcznika stanowi organoleptyczne doświadczenie.

Myliłby się jednak ktoś, kto uważałby autorów za purystów CLT. Nie, większość z nich rozumie, że dziecko przebywa z nauczycielem przez czas bardzo ograniczony, musi uczyć się także w domu, powinno więc być pewne, że rozumie, co robi. Stąd też pojawiają się partie podręcznika, gdzie znikają język docelowy, metody aktywizujące, techniki komunikacyjne, itp.

, a pojawia się stare, ale jare grammar translation, jakby żywcem przeniesione z lat 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku! Jasne i klarowne definicje, przykłady zastosowań, koniugacje, zestawienia, tłumaczenia, nagle znika gdzieś tęczowy miszmasz, zastąpiony równymi szpaltami konkretnego, gramatycznego opisu.

Zaraz, zaraz… Jasne i klarowne? Konkretne? Dla kogo?! Ten i ów, w desperacji, nawet chętnie zajrzałby na te strony przed sprawdzianem, albo przed zapowiedzianym zebraniem zeszytów ćwiczeń, ale, tak jak w części głównej, zapaćkanej radosną twórczością grafika, nie potrafił odnaleźć potrzebnych informacji, tak teraz nie rozumie języka tego usłużnie podsuniętego mu vademecum, teoretycznie będącego jego własnym. Według autorów optymistów, dzieciak, który okazałby się niezdolny do przyswojenia materiału w sposób naturalny (sic!), albo chciałby szybko powtórzyć sobie jakąś jego partię przed sprawdzianem, miałby dokonać tej sztuki korzystając z teoretycznego opisu, posługującego się hermetycznym i martwym już dla większości językiem pełnym gramatycznej terminologii. Paradoks ten wynika oczywiście z ideologicznego oporu przed uczeniem (się) nieprawomyślnym, bo przecież gramatyka i składnia podane explicite są, jeśli nie obciachem, to wstydliwym, metodycznym faux pas, akceptowalnym jedynie nad progiem wejścia od podręcznikowego zaplecza. Tak zwana teoria, w każdym podręczniku się znajduje, ale tak umiejętnie zakamuflowana na jego końcu, do którego nikt nieprzymuszony nie dociera, by wydawcy i autorom nikt nie mógł zarzucić sprzeniewierzenia się jedynie słusznej METODZIE. W rezultacie, z pewnych partii podręcznika korzystać może jedynie uczeń wtajemniczony, zaznajomiony uprzednio z podręcznikiem gramatyki ojczystej, który oczywiście też jest bardziej do curriculum przemycany, niż wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem. A może się mylę i ta 1/4 każdego podręcznika jest sprytnie zamaskowaną ściągawką dla nauczycieli, naprędce przyuczonych do zawodu na jakimś neurokursie, czy innym dokształcie?

W każdym kolorze, pod warunkiem, że będzie czarny

Przyznaję, że wielu moich kolegów zazdrości mi puli, z jakiej mogę wybierać podręczniki dla swoich uczniów. Jest to jednak różnorodność pozorna. Podręcznikową nędzę zafundował nam wymóg (podporządkowanej szkole) unifikacji.

Walce o standaryzację metody, kształtu i zawartości, jako pochodnej pełnej subordynacji rynku pieczątce urzędasa, zawdzięczamy sytuację, w której wydawcy konkurują nie o uznanie odbiorcy, ale o gwarantowane, wynegocjowane z dystrybutorem miejsce na księgarskiej półce.

Wydawnictwa walczą o udział w rynku regulowanym i sterowanym, a nie wolnym, jakby mogło się wydawać. Wygląda on z pewnej odległości, jak pełna kolorowych kwiatów łąka, z bliska widać, że to wszystko kwiaty jednego gatunku. W naturze monokultura nie występuje, bo to klucz do zagłady ekosystemu.

Na sztucznym poletku szkolnej łopatologii, nikt się tym mankamentem nie przejmuje. Dla przeciętnego użytkownika, podręczniki tego samego etapu edukacyjnego różnią się tak naprawdę jedynie okładką.

Wydawnictwa, skoncentrowane na dzieleniu szkolnego tortu, nie starają się o zagospodarowanie dostępnych nisz, jeśli więc nie chodzisz do szkoły, masz więcej niż 20 lat i nie kręci cię agony page skopiowana z pisemka dla nastolatków, albo, nie daj Boże, jesteś samoukiem, to w księgarni, nawet specjalistycznej, nie masz czego szukać.  Zaraz! Samoukiem?! Bez pracy w grupie? Bez sterowanego dialogu? Nie do pomyślenia. Ostatnie takie podręczniki wydawano w latach 60-tych XX w. Nikomu obecnie nie mieści się w głowie, że można uczyć się samodzielnie, a niezbędną praktykę zdobywać niekoniecznie w klasie. Że istnieje Internet, podcasty, media społecznościowe i rozliczne komunikatory, a jednocześnie inteligentni i samodzielni ludzie, którzy nie są specjalistami i czuliby się pewniej, mając oparcie w adresowanym do nich podręczniku. Że jest ogromna liczba ludzi niezbyt ekstrawertycznych, którzy też języka mogą i powinni się uczyć, mimo, że wypowiedź publiczna jest dla nich udręką. Zupełnie ignorowana jest bezczelnie niepoprawna metodycznie, a przecież bardzo liczna kategoria uczących się, dla których zdolność wypowiedzi i konwersacji jest drugorzędna, bo wszystko, czego potrzebują do szczęścia, to sprawne czytanie i pisanie. Takich biernych należałoby reedukować w karnych obozach językowych, najlepiej w towarzystwie tych wszystkich nacji, które posługują się raczej pidgin, niż Queen English, żeby wszystkie swoje bierne umiejętności mogli sobie w buty włożyć. Na takich szkoda METODY. To samo dotyczy osób, które etap B2 mają już szczęśliwie za sobą. Oferta do nich skierowana jest żałośnie uboga.

Wszystko to wynik zafiksowania na klasach, poziomach i egzaminach, ale nie tylko. W końcu  podręczniki różnorodne potrzebne są jedynie tym, którzy języka chcą się uczyć realnie, a nie w pocie czoła zdobyć fałszywe świadectwo. Nie sposób nie zauważyć, że rzekoma „ważność i niezbędność” edukacji językowej w tym kraju zaczyna i kończy się na przedziale 12-19 lat.

Wcześniej jej weryfikacja nie istnieje, potem jest już niepotrzebna – kto miał zdać egzamin, to zdał. Jak nie zdał, to opłaci jakiś kurs, pardon, świadectwo i podręcznik też mu niepotrzebny. Brak presji na rynek wydawniczy udowadnia czarno na białym, że nasze potrzeby odnośnie nauki języków są czysto deklaratywne i „uczymy się” jedynie dla oceny i papierka.

Czyżby brak pogardzanej motywacji zewnętrznej? Wobec powyższego, pomysł ukrócenia zawodów w marnowaniu kredowego papieru i powrotu do podręczników jednolitych, jednakowych dla wszystkich, zdobywa coraz więcej zwolenników. I każde wydawnictwo by się na to deja vu z PRL-u zgodziło, pod warunkiem oczywiście, że to ono dostałoby wieczyste błogosławieństwo MEN.

Wszystko przed nami.

Moda umiejętności a elegancja ich użycia

Wypowiadając się krytycznie o podręcznikach językowych, mam pewne wyrzuty sumienia, gdyż należą one z pewnością do najlepiej przemyślanych na rynku edukacyjnym w ogóle. Niemniej jednak, trudno mi pogodzić się z sytuacją, w której niejednokrotnie dobre pomysły i ciężka praca autorów są marnowane, poświęcane na ołtarzu metodycznej poprawności.

Tradycyjnie, treść elementarzy angielskiego stanowi dobrze znana pentalogia umiejętności: Reading, Writing, Listening, Speaking i Use of English, czyli gramatyka, składnia, słownictwo i frazeologia w jednym. Trudno tu silić się na oryginalność i dobrze, że nikt nie próbuje. Jednak odrobina inwencji przydałaby się w kwestii introdukcji tychże.

Co jest nie tak? Przyjrzyjmy się im po kolei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *